30 Lis

Dlaczego tęsknię za pracą z domu?

Uwielbiam pracować w domu. Kiedyś robiłem to codziennie, dziś tęsknię za chwilami, gdy nie musiałem meldować się w biurze.

„Wszędzie dobrze, gdzie mnie nie ma”. Tak, zauważam to na każdym kroku mojego życia. Kiedy zaczynałem współpracę z serwisem TwojaRównowaga.pl, byłem szczęśliwym wolnym strzelcem o w miarę poukładanym życiu, gdzie znajdowałem czas zarówno na zlecenia, jak i oddawanie się przyjemnościom. W międzyczasie losy zawodowe rzuciły mnie na spotkanie pracy typowo etatowej. Takiej fajnej, bo ze stałą miesięczną pensją, lecz również niefajnej z racji konieczności meldowania się w biurze codziennie o określonej porze.

Odkąd co rano zacząłem wraz z tysiącami mi podobnych przemierzać zaspane jeszcze miasto, plusy pracy w domu stały się jakby jeszcze bardziej jaskrawe. Migając gdzieś na horyzoncie i sprawiając, że chwilami naprawdę za nimi tęsknię. Choćby dlatego:

Miejsce pracy było parę metrów dalej

To było tak. Wstawałem rano, przeciągałem się i parzyłem pierwszą kawę. Potem z kubkiem parującej płynnej energii udawałem się do biurka, gdzie włączałem komputer. I już mogłem zaczynać pracę. Znaczy się, najpierw poczta, Facebook i jakieś filmiki na YouTube, ale praca w końcu odnajdowała mnie w tym konkretnym miejscu. Jakieś pięć metrów w linii prostej od wygodnego łóżka.

Łóżka, do którego mogłem wrócić w każdym momencie, gdy tylko naszła mnie na to ochota.

Nie traciłem czasu na dojazd

Gdy budziłem się powiedzmy o 9:00, teoretycznie pracę mogłem zacząć nawet o 9:05. A gdy kończyłem ją np. po 18:00, książka i kanapa witały mnie jeszcze zanim wskazówka sekundnika zatoczyła pełne koło na zegarze.

Dziś, żeby być na 9:00, muszę wyjechać z domu po 8:00. Czyli wstać jeszcze wcześniej, bo i śniadanie samo się nie zrobi, zęby same nie umyją, a piżama w magiczny sposób nie zmieni się w strój wyjściowy.

Mogłem zaplanować dzień tak, aby przeplatać zadania zawodowe i prywatne

Powiedzcie sobie szczerze – ile jesteście w stanie skupiać się na typowo zawodowych rzeczach bez przerwy? Godzinę? Dwie? Krócej? Dłużej? Ja zwykle liczę to w mniej więcej sześćdziesięciominutowych interwałach gdzie mogę pracować jak szatan, ale potem muszę sobie zrobić koniecznie przerwę i zająć się czymś zupełnie innym.

W biurze, na firmowym komputerze, otoczony współpracownikami raczej nie mam szans pozwolić sobie na odcinek serialu w środku dnia. Albo godzinkę spędzoną na grach, którą zawsze odrobić mogę później. Wieczorem albo następnego dnia.

Mogłem pracować przy ulubionej muzyce, w ulubionej piżamie, z ulubionym kubkiem ulubionej kawy w dłoni

Praca w domowym dresie to jest coś. Rozmawiasz przez telefon z klientem, omawiacie szczegóły Bardzo Ważnego I Dobrze Płatnego Zlecenia. Brzmisz, jakbyś nawet spać chodził pod krawatem i chusteczki higieniczne prasował w kant… tyle, że tak naprawdę siedzisz w dresowych spodniach poplamionych sosem pomidorowym i rozciągniętej, spranej do granic przyzwoitości koszulce z jakimś głupkowatym napisem.

Zamiast espresso w eleganckiej, designerskiej filiżance popijasz zwykłą zalewajkę z kubka, który dostałeś gdzieś przy okazji promocji. Przy zakupie kremu na pryszcze albo podwójnego opakowania herbaty. A gdy tylko odłożysz telefon, zapuścisz sobie największy chłam, jaki tylko znajdziesz na YouTube. Na pełen regulator, niech sąsiedzi słyszą, że ciężko pracujesz.

Tak, moi drodzy – tak wyglądałem w czasach, gdy „wyjście do pracy” oznaczało u mnie przejście z jednego pokoju do drugiego. Teraz muszę nawet codziennie zmieniać skarpety… no nie do pomyślenia!

Nie musiałem ruszać się z domu, gdy było zimno

Mogłem zawinąć się w koc, przyprawić herbatę „prądem” i śmiać się z tych wszystkich biedaków, którzy odmrażali uszy spiesząc co rano w stronę przystanku tramwajowego, a późnym wieczorem z powrotem, uginając się pod ciężarem przeżytego dnia i zrobionych po drodze zakupów.

Wiało, padało, sypało śniegiem – nieważne, nie musiałem nigdzie wychodzić. A nawet jeśli skończył się zapas energetyków i „zdrowej żywności” (takim mianem określałem owsiane ciasteczka w czekoladzie), wyjście do sklepu zajmowało ledwie parę minut. To dało się jeszcze wytrzymać.

Dziś chichot losu sprawił, że jestem jednym z tych, którzy z nieparlamentarnymi słowami cisnącymi się na usta skrobią każdego ranka z mozołem szyby samochodowe. Mając nadzieję, że jak w końcu to zrobią, wnętrze nagrzeje się wystarczająco mocno, by nie dostać hipotermii.

Tak, praca w domu jest cudowna. Myślę nawet, że zostałem genetycznie przystosowany do jej wykonywania. I może kiedyś w przyszłości, budząc się przed kolejnym dniem w roli dobrze zarabiającego wolnego strzelca pomyślę, że fajnie byłoby znów poczuć jakąś życiową stabilizację. A później przypomnę sobie te wszystkie przenikliwie zimne poranki spędzone na dojazdach do biura i przewrócę się na drugi bok dając sobie jeszcze parę godzin snu. To dopiero będzie piękne życie.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Najnowsze tematy