Mimo że poniedziałek jest najbardziej znienawidzonym dniem w tygodniu, czuję do niego pewnego rodzaju sentyment. To ten moment w tygodniu, gdy często zaczynam różnorakie zmiany życiowe. Taki mały Nowy Rok, jeden z pięćdziesięciu dwóch, jakie dostaję w kalendarzu.

Samolot, zgodnie z wszelkimi zasadami fizyki, potrzebuje odpowiedniego rozpędu, żeby wzbić się w powietrze. Komputer, nim będzie gotowy do pracy, musi najpierw przetestować wszystkie potrzebne do działania podzespoły. Podobnie samochód – nie będzie jechał na 100% możliwości, póki silnik nie osiągnie odpowiedniej temperatury. Nawet człowiek przygotowując się do życia potrzebuje wpierw wykształcić wszelkie niezbędne do prawidłowego funkcjonowania narządy.

Tak działa natura, tak działa również wszystko, co w oparciu o naturalne prawa rządzące światem tworzy nasza cywilizacja. Każda czynność musi mieć swój początek (co naturalne) i pewien cykl przygotowawczy.

Zacznijmy od pierwszego biegu

W związku z tym znienawidzony przez rzeszę pracowników poniedziałek znacznie lepiej jest potraktować nie jako niezasłużoną karę za cudze grzechy, lecz swego rodzaju pas startowy – miejsce do rozbiegu przed kolejnymi dniami spędzonymi przy biurku.

Nie ma bowiem chyba nic gorszego, jak od po dwóch dniach błogiego lenistwa od razu ruszyć do najcięższych wyzwań. To tak, jakby sekundę po samodzielnym opędzlowaniu pudełka dużej pizzy z podwójnym serem wstać i pobiec w maratonie. Co jest nierealne, niebezpieczne i przede wszystkim bezdennie głupie.

Skąd bierze się taka niechęć do poniedziałku?

Właśnie z tego, że większość z nas myśli o zbliżającym się tygodniu właśnie jak o mecie maratońskiego biegu. Skupiamy się na czymś odległym o 42195 metrów nie zwracając uwagi, że ważny jest przecież odpowiedni start. Wolnym, rozgrzewkowym tempem. Pozwalając sobie na swobodny, płynny powrót do trybu życia, jaki towarzyszy nam przez 5/7 tygodnia. Trybu, o którym w pewien magiczny sposób zapominamy już w okolicach piątkowej godziny 17.00, by z mrożącą krew w żyłach pewnością stanąć przed faktem jego powrotu tuż po niedzielnym wydaniu wieczornych Wiadomości.

Jak polubić poniedziałek?

To proste – przestańcie myśleć o nim, jako dniu sądu ostatecznego. Jeszcze w piątek, nim relaksujące lenistwo wypełni każdą komórkę ciała warto stworzyć krótka listę prostych zadanek w sam raz do wypełnienia zaraz po poweekendowym zameldowaniu się w biurze. Oraz rzecz jasna po zaparzeniu kawy i zapoznaniu się z najnowszymi ploteczkami w kąciku socjalnym.

Taka rozgrzewka sprawi, że cała reszta przeznaczonych na ten dzień obowiązków będzie jawić się znacznie przyjemniej. Może nie jako urlop przy biurku, ale również nie w sposób upodabniający miejsce pracy do stanowiska galernika (wraz ze stojącym tuż za plecami poganiaczem wyekwipowanym w bat).

Co to daje?

Z pewnością znacznie lepszy humor w momencie, gdy kolejne marzenia senne przerywane są ostrym dźwiękiem budzika. I możliwość powolnego, spokojnego startu w zawodowe obowiązki. Startu, który przeprowadzony z odpowiednim tempem pozwoli szybko osiągnąć pełnię prędkości, co ma niebagatelny wpływ na wydajność podejmowanych działań.

Dlaczego o tym piszę? Bo bardzo dobrze poznałem to uczucie niechęci towarzyszące pierwszej pobudce po niedzieli. A potem jakimś sposobem zmieniłem nieco sposób planowania pracy. I okazało się, że ten cały poniedziałek nie jest wcale taki straszny.

Ze złego wilka czającego się za rogiem zmienił się w co najwyżej warczącego pieska. Takiego, co to da się czasami nawet pogłaskać. I od czasu do czasu merdnie ogonem.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Najnowsze tematy