Co zrobić, gdy życie zakłada na oczy szare filtry i przyozdabia szyję ciężarem obowiązków? Można zaanektować kanapę, tworząc z niej swój azyl i warczeć niczym wściekły pies w stronę każdego zbliżającego się zadania. Można też rozwiązać sprawę o wiele prościej: zorganizować weekendowy wyjazd. Gdziekolwiek. Byle z daleka od pracy. Daję głowę, że wrócicie z niego przynajmniej w części odmienieni.

Każdy posiadacz dyplomu z psychologii twierdzi, że czasami człowiek potrzebuje choćby chwilowej zmiany otoczenia. Skoro mówi tak wiele mądrych głów (niektóre może nawet mądrzeje ode mnie), coś musi być na rzeczy. Dlatego postanowiłem, że za każdym razem, gdy rzeczywistość zacznie przypominać niekończącą się spiralę deadline’ów, służbowych telefonów i wypełnionych po brzegi kalendarzy, wywieszę na maszcie mojej egzystencjalnej twierdzy wielki napis „Zaraz wracam” i ucieknę gdzieś poza zasięg szeroko pojętej prozy życia. Choćby na dwa, trzy dni.

Żegnaj (na chwilę) świecie

Z tego też powodu ostatnio wziąłem sobie wolny piątek, spakowałem torbę i ruszyłem. Niedaleko. Bowiem z Krakowa do Zakopanego od biedy i przy dobrych wiatrach dojechać można w 1,5 godziny.

Zaliczka za przytulny pokój w pensjonacie zapłacona, komplet bielizny spakowany, jakaś ciepła kurtka do wypadów na szlak i wygodne buty również.

Tyle wystarczy, aby już w czwartek wieczorem pojawić się w miejscu, gdzie czeka na mnie zupełnie inny świat. W łóżku nie przypominającym tego, w którym codziennie budzę się do pracy. W mieście, gdzie znam jedynie kilka głównych dróg, a mijane twarze nie kojarzą mi się z niczym konkretnym. Gdzieś, gdzie pod powiekami nie widzę arkusza Excela, a do uszu nie dochodzi sygnał przychodzącej poczty.

Tam, gdzie zapach rozgrzanego tonera kserokopiarki zastępuje woń piekących się na grillu serków. I gdzie nawet powietrze jest czyste, w niczym nie przypominające smogowej zawiesiny, jaką wdycham przez niemal całe dorosłe życie.

Dlaczego warto wyjeżdżać na weekend

W momencie, gdy piszę te słowa, poniedziałek już od ponad dwudziestu godzin przygniata mnie swoją obecnością. Po weekendowym wypoczynku pozostało jedynie miłe wspomnienie i kilkadziesiąt zdjęć w aparacie. A także wrażenie, że moja wewnętrzna bateryjka z trybu awaryjnego przełączyła się z powrotem na pełnoprawne, przewidziane w instrukcji działanie.

Znów mam mnóstwo sił i (co ważne) chęci do działania. Znów wydaje mi się, że wszystkie stojące przede mną problemy i wyzwania to jedynie drobne przeszkody, do których pokonania wystarczy nic więcej, jak pstryknięcie palcami. Znów czuję że żyję.

I to jest chyba najpiękniejszym dowodem, że weekend oderwany od codzienności uzdrawia znacznie lepiej, niż najlepsze lekarstwo. Nie tylko ciało, ale również i duszę.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Najnowsze tematy