19 Lip

Wstawać z kurami – misja (prawie) niemożliwa

"Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje" - głosi stare ludowe przysłowie. Nie wiem, kto był jego autorem, ale raczej należał do tej nielicznej grupy, która wyskakiwała z łóżek jeszcze przed wschodem słońca. Z szerokim uśmiechem na ustach witając kolejny dzień.

Obawiam się, że gdyby autor tego niezwykle mądrego cytatu urodził się dziś, w dobie etatów, internetu i wczasów all inclusive na Majorce, raczej nie sformułowałby tego typu myśli. Jestem w stanie postawić okrągłą sumę (umówmy się – 1 zł jest okrągły, prawda?), że z jego ust wyrwałoby się co najwyżej nieparlamentarne słowo określające kobietę lekkich obyczajów, gdy tylko zarejestrowałby gdzieś w głębokim śnie natarczywy dźwięk budzika.

Powiedzmy to sobie szczerze, kto tak naprawdę lubi wstawać rano? Kto chce wyskakiwać z łóżka niczym z tostera, biec pod prysznic i przegryzając kanapkę wypić szybką filiżankę pierwszej z serii kaw tego dnia? Kto kocha poranne korki, ścisk w tramwajach i gęstą atmosferę braków higienicznych współpasażerów w drodze do pracy? I to wszystko przed ósmą rano?

Ja z pewnością nie. Choć nie zaprzeczam, że czasami dostrzegam plusy takiego rozwiązania. Znaczy się – plusy wczesnego wstawania, a nie wąchania cudzych pach w środkach komunikacji miejskiej.

Zdarza mi się budzić dość wcześnie, nawet kilka dni pod rząd, jeśli zachodzi taka potrzeba. Na ten przykład pisząc te konkretne słowa jestem na nogach od 6.00 (w tej chwili na zegarku dochodzi osiemnasta). Nim strażak na wieży Kościoła Mariackiego zdążył obwieścić południe, opracowałem większą część zadań na cały dzień. Po drugim śniadaniu zająłem się wykończeniówką, a teraz prawdopodobnie, gdy tylko postawię w czytanym przez Was tekście ostatnią kropkę, znów zacznę szukać czegoś do roboty. Jestem bowiem pełen energii, głodny tworzenia. Jestem kwintesencją wydajności… i prawdopodobnie padnę na twarz ze zmęczenia jeszcze przed północą.

Ale tak to jest, gdy jako typowa sowa próbuję zmienić grzędę moszcząc się między skowronkami. Wytrzymam w ten sposób może jeden dzień. Dwa. Ewentualnie nawet trzy przy pomyślnych wiatrach. Ale z naturą jeszcze nikt nie wygrał i w końcu powrócę do „typowego” rozkładu dnia. Rozkładu, w którym będę wstawał około dziesiątej, obijał się do piątej po południu, a gdy wszyscy uczciwi ludzie w końcu wrócą z pracy by oddać się kontemplacji czegoś, co nazywają „czasem wolnym”, zacznę garbić się posłusznie przy komputerze robiąc to, co powinienem zrobić tego dnia. I pójdę spać mniej więcej o tej samej porze, gdy ostatnie nocne autobusy zjadą do zajezdni na zasłużony odpoczynek.

Powiem Wam szczerze, chciałbym się kiedyś nauczyć wstawać bardzo wcześnie. Chciałbym, tak jak dziś, odrobić się z wszystkimi zadaniami do pory obiadowej, a wieczór poświęcić na swoje prywatne sprawy. Myślę o tym często w dni takie, jak ten – gdy stukam w klawisze, nim pracownicy korporacji w ogóle otworzą oczy. Przecież w teorii to bardzo proste. Wystarczy następnego dnia znów wstać bardzo wcześnie. I kolejnego również. A potem jeszcze kolejnego i tak dalej, do momentu aż takie zachowanie stanie się nawykiem.

Problem leży jednak w tym, że nawet kilkudniowy rekord pobudki z kurami jestem w stanie zniweczyć jednym niewinnym „jeszcze pięć minut”. Chwilą słabości trwającą zwykle gdzieś tak od dźwięku budzika o szóstej rano do godziny jedenastej, gdy z wybitnie wulgarnym słowem na ustach w końcu wygrzebuję się z pościeli.

No, ale nikt nie mówił, że w życiu będzie łatwo.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Najnowsze tematy