Mam go ja, masz go prawdopodobnie również i Ty. I nie chodzi tu o żadną część ciała, a rzecz tak prozaiczną, że dziś osoba pozbawiona tego atrybutu uważana jest za dziwaka. Kredyt - bo o nim mowa, staje się synonimem współczesnego stylu życia. Co z jednej strony nie jest takie złe, ale z drugiej może doprowadzić do poważnych problemów.

Nie jestem z wykształcenia ekonomistą. Umiem trochę matematykę, ale bez pomocy kalkulatora w większości przypadków się nie obejdzie. Księgowość firmowa? Proszę Was, płacę kilkadziesiąt złotych miesięcznie, żeby odpowiednie skrypty robiły to za mnie. Mimo wszystko poczuwam się w obowiązku do rozmów o kredytach. To bowiem, podobnie jak większość z Was, znam z autopsji. A jeśli czegoś doświadczyłem, to i jestem w tym swego rodzaju ekspertem. Jak każdy zresztą.

Brać, czy nie brać?

Oto fundamentalne pytanie, które ludzkość zadaje sobie mniej więcej od momentu, gdy jeden z drugim wymyślili pożyczanie dużych sum pieniędzy w zamian za regularne spłaty niewielkich kwot. Z oprocentowaniem. Z jednej strony – pozwala szybko spełniać marzenia. Z drugiej – stanowi konkretne obciążenie dla budżetu. No, może wzięcie kilku tysięcy rozłożone na odpowiednią ilość rat nie jest tak bolesne, ale np. kredyt hipoteczny (i to jeszcze we frankach!) niejednemu spędza sen z powiek.

Jeśli chodzi o mnie, zawsze uważałem, że nie po to wymyślili taki produkt finansowy, żeby z niego nie skorzystać. Kwestią otwartą pozostaje jednak to, czy da się to zrobić z głową.

Życie z kredytem jest możliwe. I nie musi być udręką

Ja przynajmniej się staram, i muszę powiedzieć, że mam w tym jakieś sukcesy. Przede wszystkim stosuję jedną ważną zasadę: nigdy, przenigdy nie pożyczę więcej, niż jestem w stanie miesięcznie spłacać bez odejmowania sobie od ust i rezygnowania z rozrywek. Człowiek musi kupić czasem jakąś książkę, nowe spodnie, wyjść ze znajomymi na piwo, zabrać dziewczynę na wypad w góry, albo do dobrej restauracji. A gdy rata niebezpiecznie zaczyna wartością przypominać rubryki w wydatkach oznaczone jako „rozrywka” i „kultura”, robi się nieciekawie.

Druga ważna zasada, której hołduję: nigdy nie pożyczam w parabankach. Wszystkie te chwilówki są zbyt łatwo dostępne i zbyt wysoko oprocentowane, żeby pozwolić sobie na takie trwonienie gotówki.

I po trzecie (najważniejsze): nie wydaję na głupoty. Naprawdę nie potrzeba mi co kwartał nowego telefonu. Albo wycieczki all inclusive do Sharm el Sheikh. Nie muszę stale zaopatrywać się w drogie, markowe kosmetyki, albo nowy model telewizora, gdy tylko pojawi się na rynku. Jeśli już muszę coś zakredytować, chcę, żeby służyło mi przynajmniej do momentu opłaty ostatniej raty. I (cytując klasyka) o jeden dzień dłużej.

*

Jeśli dotarliście do tego miejsca i uważacie, że cały powyższy artykuł jest zbiorem truizmów, to szczerze gratuluję: jesteście w tym niewielkim ułamku społeczeństwa, który zachował na tyle dużo zdrowego rozsądku, żeby nie zakredytować się po uszy.

Z kredytami bowiem nie ma żartów. Duży zastrzyk gotówkowy na koncie to fajna sprawa, ale gdy tylko dojdzie do spłaty – nie zawsze jest tak różowo.

Facebook Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>

Najnowsze tematy